Moja rodzina

Moja rodzinna saga dobrze ilustruje losy Pomorza, jako regionu w trakcie stawania się i nabierania tożsamości. Pochodzę z Lublina, gdzie są groby moich przodków, rozsiane na niezwykłej nekropolii przy ulicy Lipowej, jednej z najstarszych w Polsce. Tamże grób powstańców z roku 1863, w wśród nich pradziada z linii matki – Leona Frankowskiego, dowódcy powstania na Lubelszczyźnie. Szybko schwytany i stracony, obecny w naszej rodzinnej legendzie.

Wybrałem studia w Sopocie, bo kusił mnie transport morski. Od razu, w grudniu 1970 roku, widząc, jak władza strzela do ludzi, wziąłem żywą lekcję historii, która na zawsze wyleczyła mnie z wiary w lepszy socjalizm.

Moja żona Lidka urodziła się wprawdzie w Sopocie, ale jej rodzinne korzenie są podręcznikowo przepołowione – matka z Wilna, ojciec z ziemi kaszubskiej. Wileńskich życiorysów w Trójmieście jest tyle, lwowskich w Wrocławiu. Tym właśnie różni się napływowe Pomorze od zasiedziałej Małopolski, czy mojej rodzinnej Lubelszczyzny.

Dla mojej córki Justyny, wędrówka ludów jest zamierzchłą przeszłością. Pomorze jest od zawsze, tyle, że chętnie zerka na drugi kraniec Polski, tam gdzie Tatry, bo dziedziczy po mnie pasję górska, rozwiniętą do niebezpiecznych rozmiarów.

Kto mieszka w Sopocie, ten łatwo zrozumie, że moja rodzina ani przez chwilę nie myślała o przeprowadzce do Brukseli. Turyści znają deptak i okolice mola, ale prawdziwy urok Sopotu kryje się w górnej części miasta, wchodzącej w morenowe wzgórza, znacznie mniej hałaśliwej, zwłaszcza w sezonie. Co zakątek, to jakaś opowieść. Wspomnę, że przy mojej uliczce stoi dom, w którym zamieszkiwali Cybulski i Kobiela. Górny Sopot to

Koniecznym uzupełnieniem rodzinnej prezentacji są czworonogi – psy, sporadycznie koty. Niezmiennie są to kundle, począwszy od Burka i Kropki na wsi lubelskiej, gdzie spędzałem wakacje, po rozmaite przybłędy, nieznanego rodowodu, którym się poszczęściło.

Nasze fotografie