Opis projektu

Promocji nigdy za dużo.

Po 10-ciu latach Polska jest dobrą marką w Europie, ale nie zawsze tak było. Byliśmy kłopotem, jako trudny negocjator przy wejściu do UE i sporą niewiadomą, a nawet krajem „specjalnej troski” w latach, gdy naszą rządową twarzą była koalicja PiS, Samoobrony i LPR. Sympatia kierowała się w stronę mniejszych krajów, tym bardziej, im bardziej Polska upominała się o uznanie i współczucie, z uwagi na swe historyczne cierpienia. Bowiem konkurs cierpień skończył się w Europie XXI wieku – dziś konkuruje się sukcesami.

Fachowej promocji nigdy za dużo, a było jej za mało na początku, kiedy nasz kraj wizerunkowo był na dorobku. Nigdy nie zrozumiem, dlaczego strona polska nie zainteresowała się ofertą miasta Brukseli w roku 2004, by dla największego z nowych krajów, bezpłatnie, zdejmując przy okazji koszty sceny, oświetlenia itp. udostępnić na trzy dni Grand Place, który jest promocyjnym samograjem. Zaalarmowany przez Angelikę Chomicką, ówczesną wicedyrektor Centrum Polskiego w Brukseli, uratowaliśmy jeden dzień na zasadzie „prywatnej inicjatywy”, dzięki życzliwości TVP, Polskiego Radia oraz przyjaciół. Artyści przywiezieni lotem czarterowym ( podziękowania dla LOT ) dali koncert dla tysięcy ludzi, a gdy kończyła Kayah o północy, miałem pewność, że trudno o lepszą scenerię dla promocji i opłaciły się szalone wysiłki, by uratować chociaż jeden dzień polski w Brukseli!

Ośmieleni sukcesem przedsięwzięcia inaugurującego obecność Polski w EU porwaliśmy się w roku 2005 na szeroko zakrojone obchody rocznicy 25-lecia Polskiego Sierpnia.  Przez lata kłótnie krajowe niszczyły legendę Solidarności, przez lata rosła symbolika Muru Berlińskiego, jako historycznego przełomu. Odświeżenie pamięci „Solidarności” w stolicy Unii Europejskiej, uznałem za swoją powinność, jako reprezentant Pomorza. Znowu organizacja oparta była na jednoosobowym zarządzaniu projektem i tytanicznej pracy Angeliki Chomickiej. Tym razem mieliśmy szerszy krąg współpracujących ludzi i instytucji, a osobiście pomagał jak mógł Bronisław Geremek – a mógł wiele, jako niekwestionowany, europejski autorytet. Uznanie wkładu „Solidarności” w zjednoczenie Europy wyraziło się materialnie w dotacji budżetu europejskiego i w rezolucji Parlamentu Europejskiego, ustanawiającej dzień 31 sierpnia, Europejskim Dniem Wolności i Solidarności. Trudno zliczyć wszystkie imprezy – kilka zdjęć ilustruje rozmach przedsięwzięcia.

Przywołuję historię imprez z roku 2004 i 2005 jako dowód, że można, mają skromne siły i środki, robić promocję przez duże „P”.  Że trzeba śmiało wychodzić na place i ulice, do tysięcy ludzi. Nie wyręczą tego wystawy na trzecim piętrze Parlamentu Europejskiego, bo się gubią w tłoku – na ogół są dwie lub trzy takie imprezki w tygodniu. W kadencji 2009-14 zobaczyłem tylko jedno śmiałe przedsięwzięcie: turniej narodów z okazji Euro 2012. Zbyt często promowanie to zwykłe „odfajkowanie” wystawy, najmniejszym organizacyjnym kosztem, zbyt często robią to „Polacy dla Polaków”. Przypomnę, że rozprowadziliśmy w Brukseli w roku 2005 ponad 70.000 materiałów promocyjnych, choćby po to, by, żeby ściągnąć 10 tysięcy ludzi na koncert na Rondzie Schumana…

I rzecz najważniejsza: mamy, czym się chwalić. My, Polska, możemy konkurować sukcesami! Wcześniej, w PRL eksportowano natrętnie folklor, a po odrodzeniu zebrało nam się na martyrologię, jako wyróżnik Polski. Dramatyczna była nasza historia, tragiczne były polskie losy, ale tak już jest, że współczesne cierpienia, wspomnę Syrię, Czarną Afrykę, nagłaśniane w mediach, wypierają wczorajsze, w tym polskie. Jest natomiast ogromne zapotrzebowanie na optymizm i dzisiejsza Polska może krzepić. Poprzez uznanie dla polskiego dziś wiedzie droga do sympatii i szczerego zainteresowania losami kraju – wtedy łatwiej o obce rozumienie Katynia i uznanie dla bohaterów, w rodzaju rotmistrza Pileckiego!

Kłopoty i wyzwania

Nie ma róży bez kolców. Pozytywny bilans członkostwa w Unii oznacza oczywistą przewagę korzyści, lecz o problemach też warto mówić. Widzę dwie niewygody, uwierające Polskę, oprócz powszechnego narzekania na przeregulowanie UE, które podzielam, witając życzliwie pierwsze oznaki deregulacji.  Po pierwsze, „stara Unia” wytycza najwyższe w świecie standardy wrażliwości środowiskowej i klimatycznej, typowe dla krajów dobrobytu. Zaspokoiwszy swe materialne potrzeby społeczeństwa Zachodu mają większe zapotrzebowanie na  czyste środowisko i bardziej się przejmują alarmem klimatycznym, niż kraje na dorobku. Od czasu negocjacji akcesyjnych stwarza to problem kosztownych dostosowań dla krajów byłego RWPG, z uwagi na dziedzictwo ciężkiego przemysłu. Nie dla wszystkich „nowych” krajów jednakowo, ale dla Polski, z energetyką opartą na węglu, szczególnie. Transformacja gospodarki przyniosła obniżenie emisji gazów cieplarnianych o 30 proc. ale  unijny pakiet klimatyczny 3×20, wytyczający także cele w zakresie zużycia energii i udziału źródeł odnawialnych na rok 2020, pozostaje naszym wyzwaniem. Nikt nie kwestionuje celu, jakim jest czyste środowisko, chodzi o tempo i koszt dostosowań. Zwłaszcza, że Unia chce uciekać do przodu, wyznaczając sobie jeszcze ambitniejsze cele, co stawia Polskę w niewdzięcznej roli hamulcowego. Zwłaszcza, że inne kraje, mające podobne problemy i interesy, jak oświadczył wprost niemiecki komisarz Oettinger w czasie tzw. kolegium, czyli cotygodniowego spotkania komisarzy, „chowają się za szerokimi plecami Polski”.

Problem ten wrócił z całą mocą w końcówce prac Komisji Europejskiej w roku 2014 i stał się głównym terenem batalii, po wygranej w roku 2013 batalii budżetowej. Celem, jaki realizował sprawnie mój gabinet, było zespolenie ambicji środowiskowych UE z konkurencyjnością gospodarki, która zależy min. od cen energii. Jedno nie może być oderwane od drugiego. Z kilku przyczyn całą Unia była zmuszona do przewartościowania tego związku. Europa przestała być dyktatorem mody w globalnym świecie, szukającym własnych wzorów, zatem kontynent odpowiedzialny za 10 proc. emisji CO2 nie może wyznaczać sobie celów w oderwaniu od tego, co robią Chiny, USA, Rosja i kraje rozwijające się, gdyż mogą to być daremne wysiłki. Nałożył się na to głęboki kryzys Starego Kontynentu, nakazujący analizę celów klimatycznych pod kątem globalnej konkurencyjności, miejsc pracy i ryzyka przenoszenia produkcji na inne kontynenty. Wyrazem tego przewartościowania był pakiet energetyczno-klimatyczny zaproponowany przez Komisję w styczniu 2014 roku. Pojawiły się wprawdzie nowe cele w zakresie udziału odnawialnych źródeł energii i redukcji CO2 na rok 2030, ale na poziomie UE, przy uznaniu różnych uwarunkowań krajów członkowskich. Sukcesem istotnym dla Polski była zamiana legislacji na luźne wytyczne w zakresie eksploatacji gazu łupkowego. Przedkładając ostrożne propozycje braliśmy pod uwagę nieprzewidywalny, ambitny klimatycznie Parlament Europejski, co się zresztą sprawdziło. Druga runda rozegrała się w kwietniu w postaci zasad udzielania pomocy publicznej w energetyce i ochronie środowiska. Tyle, że wydarzenia na Ukrainie zmieniły kontekst geopolityczny – wyeksponowały z całą mocą  wymiar bezpieczeństwa w strategii energetycznej wspólnoty. Dlatego dokument, który oryginalnie miał urynkowić inwestowanie w odnawialne źródła energii, wzbogacony został o zapisy umożliwiające pomoc publiczną w procesie modernizacji infrastruktury energetycznej, opartej na kopalinach –  w tym bogactwach polskiej ziemi. Wzrosło rozumienie technicznych przesłanek europejskiej solidarności, w postaci ponad granicznych sieci przesyłowych, na co mamy 6 mld euro w unijnym budżecie. W taki oto sposób imperialny Kreml zwiększył zapotrzebowanie na poczucie bezpieczeństwa w UE, co ułatwi kształtowanie polityki energetycznej w sposób zgodny z polskimi interesami.

Jest jeszcze jedna niewygoda, dająca o sobie znać, przy różnych okazjach: regulacje nasycone światopoglądowo  i obyczajowo, od produktów genetycznie modyfikowanych po interpretację praw człowieka i zasady niedyskryminacji.  Przy każdej próbie uśredniania wychodzą np. różnice pomiędzy katolicką Polską, Maltą, Irlandią, a świecką Francją oraz wszystkie inne różnice, które są wyrazem bogactwa kultur, tradycji i obyczajów w Europie. Jedynym sensownym rozwiązaniem, które nie prowokuje antyeuropejskich reakcji, jest pełne poszanowanie zasady subsydiarności. Nie wszystko musi być regulowane i uśredniane w europejskiej wspólnocie, która jest i powinna być jednością w różnorodności! 

Unijny dopalacz gospodarki

Bilans gospodarczy 10-lecia Polski w UE nie mówi całej prawdy, jeśli nie zostanie osadzony w dłuższej perspektywie – pełnego 25-lecia odrodzonej Rzeczpospolitej. Wydłużona perspektywa wydobywa wartość dodaną naszego członkostwa i korzystnie wyróżnia Polskę na tle sąsiadów.  Trudne reformy z początku lat 90-tch, w tym najmniej popularna prywatyzacja, połączone z nadzwyczajną oddolną przedsiębiorczością, wprowadziły kraj na ścieżkę nieprzerwanego wzrostu przed rokiem 2004. Tym należy tez tłumaczyć fakt, iż Polska okazała się bardziej odporna na kryzys ostatnich lat, niż inne kraje uczestniczące w rozszerzeniu UE w roku 2004. Unia Europejska jako całość dopiero teraz odzyskuje poziom PKB sprzed kryzysu, z roku 2007. Natomiast produkt globalny Polski wzrósł w tym czasie o prawie 20 proc., co oznacza, że zmniejszaliśmy dystans do Zachodu także w latach najgłębszego kryzysu, jaki dotknął Europę od czasu wojny!

Dopiero w takim ujęciu, potwierdzającym polską zaradność, widać gospodarcze efekty członkostwa w UE. Oczywiście, fundusze unijne – 60 mld euro na czysto od roku 2004 – odegrały kluczową rolę. Nazywam je, nie bez powodu, dopalaczem rodzimej gospodarności. Nadrabianie dystansu do średniej UE przyspieszyło trzykrotnie (!), w porównaniu z okresem dochodzenia do członkostwa, sterowanym przez tzw. kryteria kopenhaskie i negocjacje akcesyjne. Fundusze strukturalne mają charakter inwestycyjny i efekt mnożnikowy, ośmielający samorządy do inwestowania i ożywiający lokalne rynki pracy. Produkt globalny podwoił się, a eksport i inwestycje kapitałowe, tworzące miejsca pracy w Polsce, potroiły się od roku 2004. Nota bene, antywzorem, czyli przykładem marnotrawienia okresu członkostwa, były przez lata Węgry. Prawda uchwytna statystycznie jest zabójcza dla tych wszystkich, którzy straszyli Polaków w kresie referendum akcesyjnego. Do dziś nie przeprosili za kłamstwa. Mogli, gdyby „ciemny lud kupił”, skazać nas na los Ukrainy i Mołdawii – pomiędzy Unią a imperialną Rosją!

Najbardziej straszono polska wieś, która najszybciej odczuła pozytywne skutki członkostwa, w postaci dopłat bezpośrednich. Straszono wykupem ziemi, co ma charakter marginalny, gdy wartość ziemi niesłychanie się zwaloryzowała  ( czterokrotny wzrost ceny w obrocie prywatnym od roku 2004!). Straszono, że zaleje nas tania żywność z Zachodu, gdy nasz eksport rolno-spożywczy wzrósł z poziomu 5 mld euro w roku 2004 do około 18 mld euro w roku 2012. W dodatku mamy dodatnie saldo w handlu z UE. Rolnicy nauczyli się współpracować w ramach grup producenckich, wspomaganych przez unijne linie budżetowe. Dotacje rolne w pewnej mierze konserwują rozdrobnioną strukturę polskiego rolnictwa, ale jego towarowe segmenty zmodernizowały się na miarę XXI wieku.

Nie do pomyślenia, bez unijnego wsparcia, byłaby gruntowna przemiana infrastruktury transportowej. Najbardziej widoczna i odczuwalna jest nowa jakość autostrad i dróg ekspresowych. Z czasem, powinno nas to pozbawić niechlubnych rekordów ofiar śmiertelnych na drogach. Zadaniem pozostaje osiągnięcie europejskich standardów w kolejnictwie. Przestrzegam, że nadmierne ambicje lokalne w budowie lotnisk mogą powodować kłopoty, czego uczy lekcja iberyjska, dobrze widoczna z perspektywy Brukseli.

Dwuznaczną korzyścią 10-lecia obecności w UE jest masowe pozyskiwanie pracy na Zachodzie. Niewątpliwie, możliwość legalnej pracy, ubezpieczającej przyszłość, poprawiła los setek tysięcy polskich rodzin. Już nie Chicago, ale Wyspy Brytyjskie, Irlandia i kontynentalna Europa, tworzą taką szansę. Roczne przekazy od emigrantów do Polski sięgają 5-7 mld euro. Jest to jednak korzyść dwuznaczna w perspektywie polskiej demografii i utraty „szarych komórek”.

Dlatego tworzenie możliwości rozwojowych dla młodego pokolenia w kraju to najważniejsze wyzwanie na następne lata. Porównywalnie ważne jest przekształcenie dynamicznej, ale naśladowczej gospodarki w gospodarkę innowacyjną, górującą technologiami, a nie taniością pracy. Mam satysfakcję, że przyłożyłem rękę do tego, że będzie to szansa wspomagana przez ponad 440 mld zł z budżetu UE w latach 2014-20!

Pozycja i wizerunek Polski

W rozliczeniu polskiej dekady w Unii najbardziej krzepiąca i optymistyczna jest nasza kariera wizerunkowa i awans do unijnej ekstraklasy. Wydobycie się z peryferii na centralną arenę. Mam dobrą miarę w oku, jako świadek i uczestnik tego procesu. Znowu, tak jak przy rozliczeniu gospodarczym, pomaga wydłużona perspektywa. Nie zapomnę pierwszych prób promowania Polski i zachęcania inwestorów na progu lat 90-tych. Polska była wielkim znakiem zapytania, a pupilkami Zachody były Węgry i ówczesna Czechosłowacja.  Byli bardziej wiarygodni, chociaż mówili o zamierzeniach, niekiedy blefowali ( zwłaszcza Klaus, wtedy minister finansów, później premier i prezydent ), gdy my relacjonowaliśmy dokonane reformy.  Zmieniało się to powoli, wraz z statystyką gospodarczą, wskazującą na sukces Polski, ale pojawił się nowy kłopot: nasz kraj okazał się niewdzięcznym, trudnym partnerem negocjacji akcesyjnych, o czym już wspominałem.

Wkrótce po przystąpieniu do UE było jeszcze gorzej. Oficjalna, rządowa twarz Polski do roku 2007, reprezentowana przez koalicję PIS, Samoobrony i Ligi Polskich Rodzin, nie przekonała Europy. Euro-optymistyczna Polska rządzona była przez ludzi nieufnych wobec EU, mnożących konflikty na wszystkich frontach, z braku kompetencji często sięgających po groźbę weta. Miałem w tych latach wrażenie, że ekipa PO w Parlamencie Europejskim, niejako zastępczo, stanęła na polskiej bramce, a Polska była traktowana jak kraj specjalnej troski. Tylko w ten sposób można wytłumaczyć fenomen wyborczy roku 2007 – gigantyczne kolejki przed konsulatami w całej Europie oraz szczególną mobilizacja młodzieży, by zagłosować na zmianę i nie wstydzić się za Polskę.

Pamiętając wyjściowe uprzedzenia, przykre stereotypy i polityczne okoliczności debiutu w Unii, dziś można mówić o prawdziwej rewolucji wizerunkowej. Jest ona dziełem zbiorowym Polaków, z dodatkiem odpowiedzialnego, budującego zaufanie rządzenia. Pozytywne postrzeganie idzie w parze z zdolnością budowania koalicji, a tym samym z skutecznością. Batalia o budżet 2014-20 dobrze to ilustruje. Sztuka pozyskiwania sojuszników jest szczególnie cenna tam, gdzie nasz kraj ma niewygodę, jak choćby w regulacjach klimatyczno-energetycznych.

Prawdziwą dźwignią, windującą nasze znaczenie na arenie europejskiej, okazał się Trójkąt Weimarski, podniesiony z ruin pozostawionych przez poprzedników. Szczególnie teraz, gdy inne stolice wagi ciężkiej – Madryt i Rzym – mają własne problemy, a Londyn rozważa członkostwo w UE. Wszystkie istotne sprawy mogą być konsultowane w trójkącie Paryż-Berlin-Warszawa. Jest to ważna zdobycz ostatnich lat, zważywszy na nową geopolitykę, wymuszoną przez Putina. Sprzyjającą okolicznością jest dobre rozumienie realiów świata zza dawnej „żelaznej kurtyny”, wpisane w biografię przywódców RFN – kanclerz Angeli Merkel i prezydenta Joachima Gaucka. Insynuacje pod adresem Merkel i rozgrywania niemieckich resentymentów w stylu Gomułki jest najbardziej bezmyślnym i szkodliwym elementem geopolityki PiS.

Trójkąt Weimarski, w postaci trzech szefów dyplomacji, praktycznie zatrzymał rozlew krwi i oddalił groźbę wojny domowej w Kijowie, dając oddech ekipie premiera Jaceniuka. Krótki oddech, jak się okazało w świetle prowokacji na wschodzie Ukrainy! Tym bardziej siła przekonywania Warszawy jest niezbędna, by utrzymać konsekwentne, spójne stanowisko UE w polityce wschodniej. Warszawa jest słuchana, bo jest realistyczna. Nie jest wiarygodny polityk uważany za zapiekłego, zaślepionego rusofoba. Dlatego solidarność energetyczna rozważana jest na poważne, a mrzonki tzw. Międzymorza stanowią wykopalisko z poprzedniego stulecia.

Doceniając awans Polski do europejskiej ekstraklasy, trzeba widzieć wyzwanie, jakim jest przyspieszona przez kryzys integracja strefy euro i ograniczone możliwości odgrywania przez nasz kraj roli „spinacza”. Stawia to problem wspólnej waluty jako problem uczestnictwa w twardym rdzeniu integracji, jako problem cywilizacyjny i geopolityczny, a nie tylko wybór ekonomiczny. Oto jest zadanie na najbliższe lata, jeśli chcemy utrzymać wypracowaną z trudem pozycję Polski!